niedziela, 3 września 2017

Po co nam partie??

Zarówno komentatorzy jak i badający temat zwracają uwagę, że partie polityczne przeżywają poważny kryzys. Kryzys ten trwa tak długo, że opinia publiczna zdążyła się do niego przyzwyczaić. Co ciekawe, problem ten nie ogranicza się wyłącznie do Polski ale ujawnia się coraz częściej także w innych demokracjach, często teoretycznie starszych i stojących na wydawałoby się solidniejszych fundamentach. Francja, USA, Włochy - to tylko część znacznie dłuższej listy, których praktyka polityczna rozmija się w większym lub mniejszym stopniu z teorią samoregulacji funkcjonującej w ramach systemu reprezentacji parlamentarnych.

Zasady krążenia elit, opisane przez Pareto, rzucają nieco światła na ten fenomen. Jest bowiem jasne, że aktywność polityczna dla poszczególnych uczestników może być szansą na awans do wyższej klasy społecznej, związanej zarówno ze statusem materialnym, jak i uznaniem oraz możliwościami wpływu. Działacze politycznie, na ogół nawet nie czytając liczących już ponad 100 lat teorii, jak choćby tych sformułowanych ponad 100 lat temu przez Roberta Michelsa o "żelaznym prawie oligarchii", skutecznie korzystają z rezultatów jego opracowań lub podporządkowują się prawu, przez niego opisanego.

Teoretycznie, jeśli dana struktura partyjna w większym stopniu staje się aparatem wykonawczym do realizacji awansu swoich działaczy, może zostać wyparta w procesie demokratycznym przez nową lub nowe struktury. Mniejsze lub większe sukcesy tego typu inicjatyw potwierdzają, że wyborcy tak właśnie rozumieją ten problem. Jest to jednak po pierwsze trudne, ponieważ nowe inicjatywy nie maja zwykle takich zasobów finansowych, doświadczeń i struktur, jakimi dysponują "starzy" gracze. Po drugie, liderzy nowych inicjatyw politycznych także doskonale rozumieją obowiązujące mechanizmy i naśladują, mimo szumnych haseł odnowy, dotychczasową praktykę.

Żelazna logika oligarchii tkwi głęboko w procesie kształtowania się samych organizacji partyjnych. Jednym z jej konsekwencji jest systematyczne obniżanie jakości kadr nowej formacji. Podczas gdy w początkowym okresie niezbędny jest lider/liderzy z wizją i inteligencją, którzy przyciągają do organizacji ciekawe osobowości, to z upływem czasu sytuacja zmienia się diametralnie. Swoisty "dobór naturalny" promuje osoby raczej sprawne w wewnętrznych gierkach a także potrafiące zapewnić sobie skuteczny fund-rising na coraz droższe kampanie. Bez obu tych cech niemożliwe jest pokonanie wewnętrznej konkurencji. Jednocześnie posiadanie tych cech rzadko idzie w parze z cnotami obywatelskimi w rozumieniu platońskim.

Specyfika partii w Polsce polega też na kadrowym charakterze struktur politycznych. Za wyjątkiem ludowców żadna z nich nie przekracza bariery 100 000 członków. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że kilkadziesiąt tysięcy osób wybierane jest w samych samorządach (ok 47 tys.) dopiero wyraźne przekroczenie tej bariery pozwala określić daną partię jako masową. Oczywiście szeroka baza członkowska nie gwarantuje jakości, jest jednak warunkiem jej utrzymania w dłuższej perspektywie czasowej.

Czy jest szansa na to, żeby partie zmieniły czy też raczej wprowadziły wewnętrzną politykę kadrową w przewidywalnym okresie? Trudno rozstrzygnąć. Z jednej strony wyborcy bez problemu kupują celebrycki blichtr i zwierzęcą siłę płynącą z władzy. Z drugiej strony w coraz większym stopniu sygnalizują, że nie takiej polityki i nie takich polityków, jakich maja w aktualnym menu pragną.



poniedziałek, 1 maja 2017

Pokolenie pokoleniu

Praca i codzienny wysiłek mają oczywiście różnorodne motywacje. Wśród nich dobro własnego potomstwa ma oczywiście istotną rolę. Czy mowa o budowie domu, sadzeniu drzew czy pisaniu książki nadzieja, że potomni na tych owocach pracy skorzystają może być całkiem silna. Oczywiście, nie zawsze wybór projektu jest rozsądny w tym sensie, że oczekiwany czy realnie potrzebny swoim adresasatom. Czasami bywa oczywiście odwrotnie, kiedy użytek, który potomni czynią ze swoim dziedzictwem nie jest przykładem roztropności. To drugie jest, całkiem słusznie, oceniane niezwykle krytycznie.

Najbardziej wartościowym dziedzictwem naszego kraju nie są wcale złoża węgla ani gazów łupkowych. Nie są też wielkie fabryki, autostrady czy mosty.
Zaryzykuję tezę, że mamy dwa rodzaje wartościowych rzeczy, o które warto w pierwszej kolejności zabiegać aby przynajmniej nie gorsze zostawić kolejnym pokoleniom nad Wisłą: często pieczołowicie odrestaurowane i utrzymane zabytki oraz niewielkie fragmenty środowiska. To ostatnie zachowane bywało często o wiele lepiej niż w krajach Europy zachodniej.

Tymczasem nasze (społeczne) spojrzenie na przyrodę wciąż ma bardzo krótkowzroczny i w nierozsądny sposób utylitarny charakter. Nie jest to wina jednego czy drugiego ministra, chociaż aktualny robi wiele, aby taką postawę usprawiedliwić i utrwalić.
Źrenicą, w której najlepiej widać naszą postępującą ślepotę, jest Puszcza Białowieska. Nie będę się oczywiście rozpisywał o jej unikalnym charakterze, skoro są specjaliści, którzy zrobią to zdecydowanie mądrzej i lepiej. Nie będę też wdawał się w dyskusję o metodach walki z kornikami, ponieważ to nie te owady są problemem. Są właśnie jednym z elementów, z których zbudowany jest wspaniały ekosystem. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na krótkowzroczność.

Ograniczanie obszaru chronionego to nie tylko poważny delikt wobec unikalnego kawałka naturalnego lasu. To także głupota ekonomiczna. Bez wątpienia można dostać parę złotych z uprawy lasu. Potencjalnie i faktycznie dużo więcej może przynieść turystka, wypoczynek i rekreacja. Nie łudźmy się, do kolejnej, nawet dobrze prowadzonej, plantacji drzew na papier i meble goście nie przyjadą. Przeznaczenie niewielkiego odsetka powierzchni lasów nie pozbawi pracy leśników i przemysłu.

Dlaczego podejmujemy tak szkodliwe i nierozsądne decyzje? Postawię tutaj hipotezę, że budzi się w nas wielowiekowe chłopskie niewolnictwo. SKoro pan zgodził się, żeby skorzystać z dóbr lasu w czwartek, lepiej nie odkładać decyzji do piątku i zabrać wszystko, co się na plecach uda unieść. W piątek bowiem dobrodziej może zmienić zdanie i w ogóle wstępu do lasu, pod karą w najlepszym przypadku batów, zabronić.Tymczasem zapominamy, że las już nie jest pańśki a i pana sami sobie możemy wybrać...

  1. Niedawno wpis na listę był przedmiotem dumy
  2. Turystyka to dobry biznes, który oczywiście takżenależy prowadzić z rozwagą

niedziela, 16 kwietnia 2017

Czekać czy ruszyć w górę?

Święta mają swoje niezaprzeczalne zalety. Wyznaczają rytm roku, są okazją do powtarzania rytuałów, które co prawda pozostają pustymi gestami. Dają jednak poczucie tożsamości i przynależności do szerszej wspólnoty. To zaś daje realne odczucie komfortu. Co prawda poza tymi gestami wspólnota ma niewiele trwałych fundamentów. Przyjęcie, że tą podstawą jest religia wydaje się zupełnie nieuzasadnione. Formalne deklarowanie religijności nie przeszkadza różnym „heretyckim” mutacjom a przede wszystkim rzeczywistej indyferentności w sprawach ducha znaczącej części zadeklarowanej wyznaniowo części społeczeństwa. Nie o sądzenie ludzi jednak oczywiście chodzi ale o zrozumienie.


Wielka Sobota jako czas w tradycji jest w odniesieniu do wspomnianej mutacji zupełnie kluczowy. Przedświąteczne poświęcenie żywności jest najbardziej masowo praktykowanym zwyczajem. Spory wpływ na to rozpowszechnienie mają na pewno chłopskie korzenie większości polskich rodzin. Przednówek to czas, w którym żywność ceniono najwyżej. Syty posiłek następnego dnia jest w istocie dobrą odmianą od czasów ubóstwa i głodu.

Wspomniana frekwencja nie mówi absolutnie niczego o prawdziwych zapatrywaniach kultywujących ów obyczaj na sprawy wiary w Boga czy życie wieczne. Wyciąganie jednak z owych powierzchownych zwyczajów wniosków niesie ze sobą duże ryzyko. Stwarza bowiem iluzję przywiązania do religii bardzo szerokich rzesz i rodzi pokusę wykorzystania tego zjawiska dla zdobycia i utrzymania władzy.

Odwoływanie się do tradycji powszechnej lecz o słabnących i usychających korzeniach przez polityków obecnego głównego nurtu przyspieszy bowiem jego erozję. Przepompowanie dodatkowych zasobów ze środków publicznych zadziała jak dodatkowy strumień wypłukujący resztki wartościowej gleby.

Na zakończenie lektury tego świątecznego wpisu warto zadać sobie pytanie, czy na odczytanie ze zrozumieniem przesłania Nauczyciela czy to z perspektywy transcendentnej czy filozoficznej mamy w naszym społeczeństwie realną szansę. Z perspektywy ludzkiej nie wydają się być znaczące. Na szczęście to tylko perspektywa człowieka… W praktyce mamy bowiem do wyboru tylko dwie możliwości: czekać biernie lub zacząć wchodzić pod górę.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Prawda jest nudna ?

Prawda jest z reguły skomplikowana i nudna a czasami prosta ale niewygodna. Taniej i zyskowniej jest produkować i zarabiać na kłamstwach. Używanie narzędzia kłamstwa (kto nigdy nie używał, niech pierwszy rzuci kamieniem ...) nie jest oczywiście ani zjawiskiem nowym ani nadzwyczajnym.

Były kłamstwa wielkie, części z nich udało się zaprzeczyć. Wiele kłamstw całe pokolenia ludzi zabrało ze sobą do grobu. Dochodzenie do prawdy to nie tylko sprawa wychowania. Etologia wykazuje, że umiejętność kłamstwa nie jest obca w świecie zwierząt. Jeśli zatem szukamy w naturze prawdy, to czeka nas zawód. Zatem raczej, szukając elementu animalnego, nie zaniedbujmy kłamstwa.

Można przyjąć, że przywilej zaliczania się do rodzaju ludzkiego (nawet bez pogłębiania rozważań o elementy teologiczne i ich wpływ na kształtowanie się wartości i postaw) to także zobowiązanie do mówienia prawdy a minimum do niekłamania w celu osiągania własnych korzyści. Niekoniecznie nawet stricte materialnych. Tymczasem i biznes, i politycy posługują się kłamstwem na coraz większą skalę z coraz mniejszymi konsekwencjami za ich wykorzystywanie.

Teoretycznie unikanie kłamstwa miało w rozwijającym się społeczeństwie nie tylko wymiar altruistyczny. Nie okłamując mogłem oczekiwać, że i sam nie zostanę okłamany. W momencie jednak, gdy mówimy o relacjach niesymetrycznych, ten element odpada. Zarówno w biznesie jak i polityce mamy zaś prawie zawsze z tego typu relacjami.

Teoretycznie ochroną przed kłamstwem jest umiejętność krytycznego myślenia, wsparta odpowiednim poziomem wiedzy. Niestety, w wielu przypadkach możliwości weryfikacji są ograniczone. Nowe technologie wydają się mieć jeszcze gorszy wpływ na naszą odporność na kłamstwo. W przeprowadzonych ponad 20 lat temu badaniach w Anglii okazało się, że przeciętnemu odbiorcy zdecydowanie trudniej odróżnić kłamstwo od prawdy, jeśli podaje je telewizja, niż ma to miejsce w przypadku np. gazety (zob. Laboratorium prawdy).

W świecie internetu idziemy jeszcze dalej. Dobrze spreparowane kłamstwa chętnie sami "bezinteresownie" podamy dalej, jeśli będą utwierdzały nasze stereotypy, deklarowane poglądy czy wyznawaną religię (niewyznawaną zresztą też). Zadeklarowany zwolennik prawicy chętnie poda dalej sfałszowaną lub zmanipulowaną informację o zakazie wystawiania choinek na święta w Szwecji a walczący ateista o księdzu pedofilu, który nie tylko wykorzystywał ale także zjadał dzieci. Oczywiście, stara jak świat prawda ... o kłamstwie jest taka, że najlepszym mówieniem nieprawdy jest odpowiednio spreparowana informacja, z elementami prawdy. Dodatkowa forma nagrody – to zarówno polubienia jak i sprzeciw ze strony internetowej widowni, według starej zasady – źle czy dobrze, byle mówili…

Nasze własne rozstrzygnięcia prawdy i fałszu nie są na ogół zbyt wielkie. Zanim jednak podasz dalej informację, która wydaje Ci się atrakcyjna, zastanów się: może jednak lepiej być (dla samego siebie i dla ludzi, na których Ci zależy) i trochę bardziej nudnym niż pożytecznym idiotą, pomagającym szerzyć kłamstwa cynicznym dużym graczom?

Źródła warte odwiedzenia:

niedziela, 16 października 2016

Czy minister finansów może być patriotą?

Od kilku tygodni Polska nie ma właściwie MF. To znaczy jedna osoba łączy funkcje szefa państwowych służb gospodarki i finansów. Jednak nie o personalia chciałem zahaczać a o zjawiska, których efektem jest taka własnie decyzja. Niewątpliwe bowiem MF pełnił rolę "czarnego luda" w każdym rządzie.

Mając nad pozostałymi resortami władzę kontrolną, ktokolwiek zasiadał za biurkiem w gabinecie przy ul. Świętokrzyskiej miał uprawnienia bliskie premierowi a w szczegółach od swoich szefów nawet większe, ponieważ wzmocnione aparatem do zaglądania w portfele innych resortów. Jako, że co do zasady prawie zawsze tym ostatnim brakowało środków, jemu (rzadziej jej) płacono za to, żeby mówił/a: a skąd na to mam wziąć? Czy naprawdę mam zwiększyć podatki? Czasami zresztą i takie decyzje były podejmowane, chociaż miejską legendą jest wysoki fiskalizm naszego kraju (precyzyjniej: formalnie podatki są średnio-wysokie ale szara strefa niweluje je dość radykalnie).

Główny księgowy rządu zaczął mieć złą prasę nie tylko z powodu swojej własnej pryncypialności. Wynika to z szerszego zjawiska, że generalnie, księgowi z zawodu zaufania społecznego, stali się (czy też wrócili do stanu, w którym kiedyś popularna kwalifikacja ich zaliczała, tj. do finansjery) banksterami, wykorzystującymi swoją wzmacnianą trikami i niezrozumiałymi terminami wiedzę do pomnażania swoich kosmicznych majątków.

Jakkolwiek sąd ten będzie niesprawiedliwy dla większości księgowych,na-co-dzień, za wcale nie tak duże pieniądze, wykonujących swoje codzienne obowiązki, to musimy zauważyć, że swoista degradacja profesji księgowego w dużych korporacjach i zastąpienie solidnej służby finansowej "kreatywną" księgowością, ma tu swoje "zasługi". Rykoszetem dostało się osobom podejmujących się misji (często niezbyt udanych prób) pilnowania dyscypliny finansów.

Rzecz jasna publika ma tu swoje zasługi. O ile ojca (a w polskich warunkach pewnie częściej matki) średniozamożnej rodziny dopuszczającej do życia ponad stan i wydawania więcej, niż się zarabia, nikt rozsądny nie pochwaliłby. Taki sam strażnik finansów wspólnoty, jaką jest nasz piękny kraj, odsądza się od czci i wiary za to, że próbuje jedynie dokładnie tego samego, co zaniepokojona wzrostem kredytów rodzina robi ze swoimi wydatkami. Czyli po prostu kontroluje je. Polskie rządy są jednak rozsadzane od wewnątrz między-resortowymi konfliktami. Pieniądze przecież muszą się znaleźć dla każdego z nich na ... Tu następuje długa lista chwytających za serce celów społecznych/strategicznych/ideologicznych, gdzie oszczędzanie jest przecież nieludzkie.

W rezultacie dług publiczny nieustannie rośnie i jedynym beneficjentem tego są ... banki i osoby z kapitałem, zarabiający na tym, że za pośrednictwem rządu pożyczają nam coraz większe kwoty za stosowny procent. Te koszty już obecnie zbliżają się do tysiąca złotych na mieszkańca i z każdym nowym słusznym wydatkiem będą rosnąć.

Historia jednak uczy, że prędzej czy później, zarówno rodzinę żyjącą ponad stan jak i całe kraje czeka twarde lądowanie. Następuje ono tym szybciej, im rodzina jest uboższa lub kraj mniejszy. Elastyczność i siła oddziaływania dużych mogą oczywiście równoważyć dużo większe długi. Najświeższym i najbliższym geograficznie jest historia fatalnego zarządzania finansami publicznymi Grecji, z wszystkimi grzechami rozrzutności, oszustw i twórczej księgowości na jej stronach.

Teraz Grecy mają poczucie narzucania im rozwiązań pod warunkiem dalszej pomocy i mając alternatywę albo zaciskać pasa pod dyktando "trojki" albo porzucić strefę Euro, UE i cofnąć się o kilkadziesiąt lat w rozwoju gospodarczym. Obecny rząd, mimo że deklarował w kampanii wyborczej wariant B realizuje, chociaż z oporami i powoli, "narzucony" plan A.

Jako źródło ograniczenia niepodległości trzeba jednak uczciwie wskazać nie tylko zagranicznych "banksterów", pompujących swoje wyniki na rosnącym oprocentowaniu greckich obligacji (a potem grających na spadki ich giełdowej wartości) ale też pokolenia greckich polityków, którym skutecznie udało się faktycznie zlikwidować skuteczną funkcję nielubianego cerbera, który miałby realnie strzec jednego z fundamentów niezależności - zrównoważonego budżetu.

sobota, 3 września 2016

Trzecia bitwa o handel

W ramach sezonu politycznego czeka nas jesienią trzecia w okresie nowożytnej historii Polski polityczna bitwa o handel. Pierwsza miała miejsce wkrótce po wojnie. Druga, mimo że rozpoczęła się także w PRL-u oznaczała wielką rewolucję liberalną i pozostaje dla zwolenników ograniczenia roli państwa niedoścignionym wzorem.

Trzecia bitwa, zgodnie z logiką historyczną, ma zatem rys kontrrewolucyjny w stosunku do tej drugiej. W ulotnych, jak moje, zapiskach, nie będę powtarzał argumentów, które od kilku lat krążą nie tylko po Polsce i Europie. Będą one powtarzane do znudzenia jeszcze wielokrotnie w najbliższych tygodniach.

Na dwie sprawy jednak warto zwrócić uwagę. Po pierwsze na naturalnie odrębne narracje (takie eleganckie słowo, dawniej mówiono po prostu "propaganda") zwolenników i przeciwników zmian. Można je także zidentyfikować jako mniej lub bardziej uświadomione odkrycie intencji. Pierwszy to stary marksowski dualizm kapitału i pracy. Sama ustawa oczywiście kapitałowi wielko-sklepowemu nie zaszkodzi, jakkolwiek teraz sprzedaje się dobrze. Problem pojawi się w ciągu kilku miesięcy od wdrożenia zmian. Proste analizy i doświadczenia międzynarodowe nie pozostawiają tu większych wątpliwości.

Drugi element narracji jest związany ze stylem życia. Jest on w istocie poważniejszy, ponieważ nie dotyczy rozgrywek o pieniądze tylko o to, jak mamy spędzać czas. Zwolennicy mówią o tym, że niedzielny czas jest dla rodziny (mając na myśli tak pracowników sklepów jak i klientów), przeciwnicy - o swobodzie wyboru i innych grupach zawodowych, które systematycznie w niedzielę i święta jednak pracują.

Ten drugi argument jest znacznie istotniejszy. W istocie, sobotni i niedzielny czas spędzany w galeriach handlowych to nie tylko potrzeba ale i (konsumpcyjny) model życia, wręcz jego symbol. Napędza on konsumpcję od wyjścia z domu (paliwo do samochodu) po powrót. Oczywiście czas spędzony w galerii niekoniecznie zmieni się w czas spędzony z rodziną, na aktywnym wypoczynku czy rozwijaniu hobby.

Z tego powodu uważam, że do rozstrzygnięcia tego sporu najlepszym narzędziem byłoby referendum. Po pierwsze - decyzja jest rzeczywiście ważka i ma skutki dla większości obywateli. Po wtóre, niezależnie od rozstrzygnięcia - byłaby trwalsza. Dla ludzi i ich gospodarki (mam na myśli nie tylko ekonomię ale i dysponowanie czasem) wcale nie jest korzystne, aby tego typu rozwiązania były tymczasowe i zmieniane z przyczyn, na których zrozumienie i zaakceptowanie większość społeczeństwa nie ma szans. Po trzecie, mimo że kampania referendalna byłaby zdominowana przez dyskusję ideologiczną, to jednak nie jest to kwestia o aż takim ładunku etyczno-moralnym jak aborcja czy eutanazja. Nie mamy też z sytuacją o wielorakich i trudnych do wytłumaczenia uwarunkowaniach państwa - jak choćby w przypadku Brexitu. Debata mogłaby się okazać więc całkiem pożyteczna także w praktyce. Trudno też polemizować z kolejnym argumentem, że jako społeczeństwo dojrzeliśmy do brania odpowiedzialności za decyzję. Akceptacja rozstrzygnięcia byłaby zatem znacznie większa niż przy centralnym modelu podjęcia tak ważkiej decyzji.

Wreszcie, za kilkadziesiąt lat, kiedy już i tych co forsują zmiany jak i tych, którzy się im sprzeciwiają nie będzie w większości na tym świecie, pozostanie krótka encyklopedyczna notatka. Wciąż nie jest jeszcze przesądzone, czy będzie ona krytyczna czy wskaże, że ta decyzja miała wpływ na inne, ważniejsze jeszcze wydarzenia, które były z nią związane. Przekonanie społeczeństwa do swoich racji nie jest łatwe. Jednak brak akceptacji to także brak rozstrzygnięcia i ciągła krytyka, że elity podejmują decyzję nad głowami obywateli.

PS. 1. Wypada przyznać się w tym miejscu do własnego zapatrywania. Osobiście nie za bardzo lubię jeździć do wielkich centrów handlowych, zarówno w niedzielę jak i w inne dni tygodnia. Nie mniej trzeba uczciwie przyznać, że kilka, kilkanaście razy w roku robię to także dzień wolny.
PS. 2. Zwolennikom ograniczania handlu w niedzielę chciałem zaproponować inny model, powiązany z niezbyt (najdelikatniej ujmując) udanym podatkiem od sklepów. Czyż nie prościej byłoby nałożyć podatek proporcjonalny do iloczynu powierzchni handlowej/powierzchni dostępnych parkingów i liczby godzin otwarcia, w tym w dni ustawowo wolne od pracy? Dobrze "wykalibrowany" podatek mógłby być całkiem sprawiedliwy i zmotywowałby na przykład sklepy do znaczącego ograniczenia ale nie likwidacji dostępu w niedziele? Wilk czasu dla rodziny jak i owca wolnego wyboru byłyby całe a i rozwiązanie podatkowe mogłoby być lepsze i efektywniejsze od obecnie wprowadzonego.

Młodszym czytelnikom, dla przypomnienia historii:

sobota, 16 lipca 2016

Wody potopu już opadają

Gdy patrzyłem przedwczoraj przez okno, które przez długie godziny zalewały dosłownie wiadra wody, skojarzenie z biblijną powodzią nasuwało się samo. Szybko też wróciły wspomnienia sprzed kilkunastu lat, kiedy "małe" przygotowanie do kolejnej ulewy stulecia przechodziliśmy.

Moje miasto, tak jak Noe, przygotowywało się do potopu. Oczywiście, w przeciwieństwie do Noego nie zbudowaliśmy wielkiej łodzi, mogącej pływać po dowolnie głębokiej wodzie. Nie było to w gruncie rzeczy takie złe, jesli pamięta sie, że patriarcha wziął tylko po parze stworzeń każdego gatunku. Dlatego powódź, chociaż jej skutki nie były aż tak dotkliwe, jak tej sprzed 15 lat, w rzeczywistości nie była zaskoczeniem. Wtedy dla ponad 300 osób trzeba było pilnie szukać nowych mieszkań a i wartosc innych strat materialnych była większa.
15 lat temu najbardziej ucierpiała Orunia, południowa, położona na granicy Żuław (czyli nisko nad poziomem morza), post-przemysłowa i post-robotnicza dzielnica Gdańska. Kanał Raduni, widoczny na zdjęciu nie wytrzymał naporu wody z bardzo intensywnych opadów, większych niż srednia miesięczna, jednak zdecydowanie niższych niż przedwczorajszy deszcz. Kanał tym razem wytrzymał, chociaż praktycznie bez rezerwy na choćby 10% wody więcej. Co ciekawe, zakończenie remontu to kwestia ostatnich dwóch lat, czyli także na praktycznie na ostatnią chwilę.

Tym razem bardziej ucierpiał śródmiejski Wrzeszcz i część węzłów komunikacyjnych, prawie przecinając miasto mniej więcej wzdłuż torów SKM (Szybkiej Kolei Miejskiej). Wtedy i dzisiaj miała miejsce intensywna dyskusja. Teraz, jak się wydaje, przybrała zupełnie inną temperaturę, co może być namacalnym dowodem na ocieplenie klimatu.
Oczywiście, w pierwszej kolejności, jak zwykle, obwiniane są władze. Nie chcą wchodzić w szczegóły argumentów, na których końcu są i odszkodowania dla tych, którzy ucierpieli, jak i kolejne wybory lokalne, chciałbym na kilka spraw zwrócić uwagę.

Trudno nie zgodzić się z tezą, że na ostateczny przebieg powodzi miało wpływ "zabetonowanie" (też "wyasfaltowanie") górnego tarasu. Proces zabudowy wzgórz morenowych (tak, eureka, woda zgodnie z prawem grawitacji spływa z góry na dół ;) ) postępuje a wraz z nim szybka rozbudowa dróg, w tym szerokich, wygodnych 2-pasmówek. Uczciwość wymaga wskazania trzech przyczyn znacznie bardziej fundamentalnych od lokalnej polityki:
  • Popyt na mieszkania i boom inwestycyjny firm, szukających miejsca rozwoju. Żadna władza lokalna nie przetrwałaby kolejnych wyborów, jeśliby ten proces w większym wymiarze chciała hamować.
  • wzrost liczby samochodów (drogi i parkingi zabierają bardzo dużo powierzchni) na co dzień używanych przez Gdańszczan. Rozwój komunikacji zbiorowej i ścieżek rowerowych jest w Gdańsku bardziej niż przyzwoity, ale cóż ... wyborcy wolą jeździć samochodami.
  • Globalne ocieplenie klimatu, które prawdopodobnie spowoduje, że kolejnej powodzi możemy spodziewać się w ciągu 7-10 lat i że przyniesie ona ponad 200 litrów wody/m2. 2016 to raczej także nie będzie Gdańska powódź stulecia...Zdaję sobie sprawę, że część czytelników naukowców nie ceni, podobnie jak faktów. Ale cóż, lemingi też od czasu do czasu lecą w przepaść bez większej świadomości...
Dla chcących wiedzieć więcej: